Korolczuk: Error2012. Polemika z Michałem Zygmuntem

Elżbieta Korolczuk

Pełną banałów i przekłamań, polemikę Michała Zygmunta z inicjatywą Chleba Zamiast Igrzysk można streścić w kilku punktach. Otóż krytykowanie Euro 2012 jest be, gdyż taka krytyka to wyraz:

a) syndromu „psuja zabawy” i ogólnego ponuractwa, a przecież to święto prawdziwego sportu jest, głąby!

b) braku zmysłu strategicznego i rozeznania w rzeczywistości, bo przecież wszyscy Polacy „są dumni, że cały świat odmienia słowo «Polska» przez wszystkie przypadki, że przez ostatnich siedem lat mieliśmy dzięki organizacji Euro darmową kampanię promocyjną wartą miliardy”;

c) drastycznej niewiedzy i na dodatek bezgranicznej wiary w słowa neoliberałów, bo jak pisze Zygmunt organizatorzy „Grobelnemu uwierzyli w to, że panie pracujące w żłobkach nie dostaną z powodu Euro podwyżek przez lat 20 (…). Bufetowej uwierzyli, że musiała zabrać teatrom, bo nie starczyłoby na strefę kibica. A ekonomistom z SGH, których na co dzień wyzywają od zgniłych neoliberałów (całkiem słusznie!) nagle wierzą w proroctwa, mimo że wiemy, ile w dzisiejszym świecie są te proroctwa warte”;

d) ogólnego oszołomstwa i chęci bycia prawdziwkiem, czyli przynależności do niezidentyfikowanej bliżej groźnej grupy, która nie dość że uznaje siebie za Jedną Prawdziwą Lewicę, to jeszcze cenzuruje prawdziwie niezależnych i bezkompromisowych publicystów, takich jak na przykład Zygmunt, gdy w swojej wybitnej twórczości chcą wspomnieć o burżuazyjnym zwyczaju jedzenia sushi.

Na tym można by właściwie skończyć, ale jestem dobrze wychowana i odpowiadam pełnymi zdaniami. Tym bardziej że po lekturze wstępu poczułam się wstrząśnięta oraz nieco zmieszana – cenzura czai się wszędzie! Co prawda nie bardzo wiadomo, co ma piernik do wiatraka, jak bowiem rozumiem, to nie Chleba Zamiast Igrzysk ocenzurowało autorowi wzmiankę o sushi, ale nie bądźmy drobiazgowe.

Zygmunt najwyraźniej łaknie glorii i chwały ostatniego niezależnego i bezkompromisowego myśliciela, więc wróg też musi być odpowiednio groźny. Trzeba go więc nieco podkręcić, np. stwierdzeniem, że „Polskie prawdziwki mają teraz szczyt sezonu nienawiści”. Piękne, prawda? I już widzimy oczyma wyobraźni, jak naszą ojczyznę, ów kraj pól pszenicznych, gdzie kwitną dziś biało-czerwone, radosne koszulki kibiców, zalewa straszliwa fala, która zmywa w otchłań całą naszą radość i dumę.

Niestety, pod względem treści tekst Zygmunta jest równie soczysty, jak komentarze Piotra Kraśko. I podobnie się ma do rzeczywistości. Zygmunt najwyraźniej uwierzył i w mityczne „fundusze unijne”, które zastały Polskę drewnianą a zostawiły murowaną, i w to, że nie ma w ogóle żadnego związku między wydatkami na Euro a mniejszą ilością pieniędzy na szkolnictwo, ochronę zdrowia czy politykę mieszkaniową w budżetach miast-gospodarzy Euro, oraz w to że co prawda wydaliśmy niemal 90 miliardów, ale to się nam przecież wszystko zwróci, bo gospodarka wystartuje zaraz jak rakieta.

Unia przyjdzie i wyrówna

Naprawdę, nawet jeśli się pisze pamflet, a nie porządną polemikę, warto zrobić podstawowy reality check. Tym bardziej że nie są to tajne informacje. Unia wybudowała nam drogi? Bez jaj, błagam. A o wymogu wkładu własnego przy korzystaniu z funduszy unijnych pan nie słyszał? A o tym, że polskie miasta zadłużają się na potęgę i/lub prywatyzują miejskie mienie, by ów wkład własny mieć lub dołożyć do kredytu, również nie? To może warto się zainteresować, bo te długi będziemy spłacać wszyscy. I wszyscy zapłacimy więcej za czynsz, za wywóz śmieci czy komunikację miejską, pan też, spokojna głowa.

Dane dotyczące wzrastającego zadłużenia miast są zresztą powszechnie dostępne – w ciągu ostatnich pięciu lat wzrosło o niemal 200 procent i wynosi, tylko za pierwsze półrocze 2011 r. wynosi około 55 mld zł. I co robią samorządy? Sprzedają, to co mają – Łódź wystawia na sprzedaż Zakład Wodociągów i Kanalizacji, Warszawa Miejskie Przedsiębiorstwo Usług Komunalnych, Opole spółkę Energetyka Cieplna. Prywatne firmy nabywające komunalne mienie, chcą osiągnąć jak największy zysk – no bo dlaczego nie? – i szybko podnoszą ceny usług. A my zamiast dostępnych usług komunalnych na przyzwoitym poziomie, mamy drożej i gorzej. Tak oto miasto staje się firmą, drogi panie Zygmuncie.

Zadłużenie miast gospodarzy Euro stawia je w czołówce dłużników – taki na przykład Poznań w ubiegłym roku zadłużył się w wysokości 72 proc. dochodów, w przypadku Gdańska i Wrocławia zadłużenie sięgnęło powyżej 60 proc. Ale to na pewno zupełny przypadek. Zresztą, nawet gdyby, to przecież te 700 milionów wydane na poznański stadion jest inwestycją w radość i powodem do dumy, a kiedy naród się cieszy, liczenie kasy jest wyjątkowo podłe. Bo przecież, powiada Zygmunt „nawet gdyby była to prawda  –  jak można zadawać takie pytania? Jak to co z pozostałymi kilkudziesięcioma miliardami? Będziemy korzystać z tego, co za nie zbudowano  –  tak my jak i nasze wnuki”. Skoro to taki świetny interes, to może od razu starajmy się o organizację igrzysk olimpijskich? Jest przecież jeszcze kilka dróg do wybudowania, nieprawdaż?

Zresztą, po co liczyć wydatki, przecież dzięki tym drogom szybko i sprawnie spłacimy nasze długi, twierdzi Zygmunt. I dziwi się niezmiernie, że „antyeuryści” wierzą ekonomistom „ze Szkoły Głównej Handlowej, Uniwersytetu Jagiellońskiego i Uniwersytetu Łódzkiego , którzy wyliczyli, że dzięki organizacji mistrzostw całkowity, skumulowany przyrost PKB do roku 2020 może wynieść 27,9 mld zł, czyli ledwie 1/3 kosztów całości imprezy”. Przecież neoliberałom wierzyć nie można – to niegodne prawdziwej lewicy! Organizatorzy i organizatorki inicjatywy wyszli z założenia, że jest to wariant nie tyle realistyczny, ile optymistyczny. Ogromna różnica między wydatkami a wpływami pokazuje po prostu, że trzeba patrzeć na ręce politykom, którzy jeszcze niedawno zapewniali nas o świetlanej przyszłości, jaka nadejdzie w związku z Euro.

Zygmunt jednak woli liczyć na to, że będzie lepiej niż wyliczyli neoliberalni eksperci. Skąd to wie, nie wspomina, ale to jego zdanie i on je całkowicie popiera. Podobnie zresztą jak stwierdzenie, że stadiony utrzymają się same i nie trzeba ich będzie rozbierać jak w Portugalii. Te 30 milionów rocznie na Narodowy to przecież betka – kilka koncertów, jakaś konferencja, a może sponsorzy dołożą? Optymizm Zygmunta dziwi, biorąc pod uwagę, że przedstawiciele instytucji związanych z organizacją Euro są, hmmm, dość ostrożni. Np. Jacek Bochenek, dyrektor Projektu Euro2012 w Deloitte Polska w wywiadach mówi, że stadiony będą rentowne, ale tylko jeśli wszystkie elementy – duża ilość meczy, imprez komercyjnych oraz współpraca ze sponsorem strategicznym – wypalą. Zaraz, zaraz, ja to chyba skądś znam – no tak, jeśli ludzie nie będą zbyt grubi i za bardzo ruchliwi, to ten budynek nie powinien runąć!

Jest super, więc o co ci chodzi?

Dla Zygmunta „ważne jest jedno”, a mianowicie fakt, że „dzięki idącym w dziesiątki miliardów inwestycjom związanym z Euro, setki tysięcy ludzi uzyskały miejsca pracy, ich rodziny realny dochód, a Polacy szansę na to, żeby w końcu ucieszyć się z jakiegoś zbiorowego sukcesu”. Ojej, ja też się cieszę, gdy powstają miejsca pracy, a rodziny zyskują realny dochód, obawiam się jednak że inwestycje wokół Euro to akurat nie najlepszy przykład. Nie wiem, czy pan Zygmunt o tym słyszał, ale zaczęła się właśnie fala bankructw firm budowlanych wykonujących prace związane z Euro. Upadły już DSS i POLDIM, niedawno wnioski o upadłość złożyły firmy PBG oraz Hydrobudowa, czyli wykonawcy Stadionu Narodowego w Warszawie. A to tylko wierzchołek góry lodowej, bo wielkie firmy nie płacą podwykonawcom i dostawcom, czyli tym właśnie setkom tysięcy ludzi, który uzyskali miejsca pracy i mieli nadzieję na realny dochód. Sam POLDIM ma długi wobec 6 tysięcy małych firm, które z nim współpracowały! Tak, z pewnością są osoby, które dzięki Euro2012 zarobiły, ale mistrzem i tak pozostanie UEFA, od dochodów której nie zobaczymy ani grosza podatku.

Tekst Zygmunta przypomina mi niezapomniane wystąpienie Adama Michnika, podczas promocji pewnej książki (dodam, że nie była jego autorstwa). Ów bezkompromisowy publicysta, subtelny intelektualista stwierdził podczas dyskusji, że SLD wcale nie przehandlowało praw kobiet do aborcji za poparcie kościoła podczas referendum akcesyjnego, a nawet gdyby, to trudno, bo to cywilizacyjny skok i w ogóle warto było. Podobną – zachowując proporcje – tezę próbuje udowodnić Zygmunt: Euro zrobiliśmy za pieniądze unijne i nie wpędziliśmy się wcale w ogromne długi na rzecz wątpliwego prestiżu, ale nawet jeśli tak, to warto było, bo podnieśliśmy sobie poziom dumy narodowej oraz uczestniczyliśmy w wielkim święcie sportu. A kto twierdzi inaczej, ten jest psujem zabawy, małym duchem, podłym prawdziwkiem, z tych co to sami się nie cieszą i innym nie dadzą. Co jest zresztą nie tylko smutne, ale „i bardzo polskie”.

I tu niestety sprawdza się stara dobra zasada mówiąca o tym, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Z miejsca, w którym siedzi Michnik, prawa kobiet są zamglonym, niewyraźnym kształtem na horyzoncie, zresztą po cholerę im prawo do aborcji, jakby teraz nie mogły sobie zrobić skrobanki, tylko trochę drożej i na nielegalu. Podobnie, z miejsca, w którym rozsiadł się wygodnie Zygmunt, sytuacja przedszkolanek w Poznaniu, które pracują za pensje minimalne czy rodziców niepełnosprawnych dzieci, protestujących pod kancelarią premiera, to nieestetyczna ptasia kupa na błyszczącej kopule nowego stadionu. Tymczasem, o jakości naszego codziennego życia decydują nie tyle, albo nie tylko spektakularne inwestycje, ogromne stadiony czy kolorowa strefa kibica, ale równy chodnik pod domem, możliwość wynajęcia mieszkania, na które nas stać, dostępność przychodni, gdy zachorujemy i cała masa innych, mało spektakularnych, elementów. Pewnie, że dobrze byłoby mieć wszystko, ale jeśli nie stać mnie na czynsz, to nie kupuję sobie wypasionego samochodu, który spłacać będę przez kolejne 20 lat, żeby się pochwalić przed sąsiadami. A jeśli robią to w moim imieniu politycy, to mam prawo powiedzieć, co o tym myślę.

Dziwnie się czuję, pisząc takie oczywistości, ale jak widać, czasem trzeba. Otóż, drogi panie Zygmuncie, miłość do futbolu, radość z wygranej drużyny narodowej, oraz przywiązanie do Polski en masse nie musi oznaczać, że należy wyłączyć krytyczne myślenie i cieszyć się ze Stadionu Narodowego jak dziecko z nowej zabawki, nie pytając, ile kosztowała i kto za to zapłaci. A fakt, że zdecydowali o tym politycy, których wybrała większość głosujących Polaków i Polek nie daje im bynajmniej legitymacji do podejmowania dowolnych decyzji, bez oglądania się na interes społeczny, w tym też na głosy mniejszości. Musimy patrzeć im na ręce, domagać się pełnych informacji na temat krótko- i długofalowych skutków tychże decyzji, musimy zmuszać ich do tego, by skupiali się nie tylko na spektakularnych akcjach indywidualnych, ale na grze drużynowej.

Inicjatywa Chleba Zamiast Igrzysk nie dotyczy wyłącznie Euro, tylko zasad gospodarowania zasobami miejskimi, tego kto, jak i dlaczego wydaje naszą wspólna kasę i jak to wpływa na nasze codzienne życie. A „radosna atmosfera” zepsuje się wkrótce sama, podczas ustalania nowych budżetów, kiedy za to wspaniałe święto sportu dostaniemy słony rachunek.

*dr Elżbieta Korolczuk   –   socjolożka, kulturoznawczyni. Członkini nieformalnej organizacji feministycznej Porozumienie Kobiet 8 Marca, współorganizatorka manif w Warszawie. Obecnie stypendystka Fundacji Morza Bałtyckiego i Szwedzkiej Rady Naukowej.

Źródło

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s